Jeszcze kilka lat temu żyłam w świecie zerojedynkowym. Miałam wiele pytań, na które poszukiwałam tej jednej właściwej odpowiedzi. Takiej, która pokaże mi kierunek. A najlepiej utwierdzi mnie w przekonaniu, że mam rację. A jakby się okazało, że mogę jej nie mieć – to będę bronić mojego światopoglądu, krytykować i obwiniać „wszystko i wszystkich”. Gryźć, drapać i kopać. Za wszelką cenę utrzymać status quo. A jeszcze najlepiej, jakbym miała grono osób, które „przyklepie tą <moją prawdę>”. Wtedy będzie wygodnie i bezpiecznie. Nie trzeba będzie się wysilać. Rzeczy zostaną takie jakie mają być.
Jednak tak to nie działa. Jeśli sami tego nie zrobimy, to świat wymusi na nas zmianę. W różniej formie – sytuacji lub osoby. I w ten oto sposób, chcąc czy nie – zmieniamy się. Tyle, że z całą pewnością stwierdzam (bo potwierdzone doświadczeniem) – wydatkujemy ogromne ilości energii na oporowanie.
Wracając do mnie – niby chcę odpowiedzi, ale nie jestem gotowa jej uznać za taką jaką mogłaby być – czyli łamiąca moje dotychczasowe poglądy.
Dlaczego? Bo to zagraża.
Komu? Czemu? Moim wartościom. I mnie. Systemowi w którym żyję – a jak wiadomo z lekcji biologii – każdy system dąży do homeostazy.
Co się stanie? Coś może się sypnąć. Być może będzie to świat, który tak misternie i z takim zaangażowanie składam i pilnuję aby broń boże nikt i nic nie naruszyło tego świata.
Co ludzie pomyślą? A w ogóle, jak ten świat runie, to ja razem z nim!
Otóż nie – ja, ty, my- to coś znacznie więcej niż przekonania, opinie, wierzenia, kultura, rytuały i światopogląd.
To co runie, to sztuczny twór. Mur, który oddziela od czucia, akceptacji, zrozumienia i poczucia jedności ze światem. Runie mur, który odgradza od poczucia spełnienia.
To jest proces dochodzenia do siebie.
Aldona

photo credit: struppi0601/ pixabay